listopad17

Nowe kąty, zmiana domu, zmiana pracy

dodano: 17 listopada 2013 przez Smadi


 

 

                  Jechaliśmy dość długo naszym sprawnym, ale już starym samochodem. Byliśmy strasznie zmęczeni. Zajechaliśmy około południa, wyczerpani, zmęczeni, marzyliśmy już tylko o kąpieli  i spaniu. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy iść do pracy na 1 w nocy, więc tym bardziej zależało nam na tym żeby się wyspać. A tymczasem zajeżdżamy na miejsce, a tam wita nas niespodzianka.

               Szybko okazuje się, że pokój nadal nie jest pusty. Mało tego lokator jeszcze nie wrócił do domu z pracy – czyli życie toczyło się własnym rytmem. A napięcie narastało – auto zapakowane, wszystko trzeba rozładować, do tego obce miejsce, obcy ludzie i na dodatek musimy czekać, aż zjawi się lokator i jeszcze aż wszystko zabierze, czyli jeszcze czekało na nas sprzątanie po nim… Właściciela nie było, przyjechał jego znajomy żeby dopełnić formalności i z nim to też czekaliśmy na zwolnienie pokoju. Każda minuta wydawała się wiecznością, oczy same się zamykały. A tymczasem dom pełen ludzi: holenderska para, 2 Polki, Polak, Anglik i pies – sierści pełno wszędzie. Dziewczyna z jednego z pokoi  widząc nasze miny po długiej drodze, rozczarowanie i podenerwowanie zaproponowała herbatę, a także materac, gdybyśmy chcieli się już przespać zanim pokój będzie wolny. Nie ukrywam, że było to bardzo miłe, bo przecież byliśmy jej obcy.. Ale doczekaliśmy się Holendra. Przyszedł, otwarł pokój (wtedy też pierwszy raz go widzieliśmy) i zaczęło się opróżnianie pokoju.. czego tam nie było.. Zniósł wszystko do piwnicy, my tylko wnieśliśmy to, co zniecierpiało zwłoki, materac, ciuchy, kosmetyki i jedzenie i poszliśmy na upragnioną drzemkę.

               Początki zawsze są trudne, ale szybko się okazało, że mamy to na czym nam zależało       –      ś w i ę t y  s p o k ó j      . Chodziliśmy do pracy, robiliśmy zakupy (blisko do marketów), gotowaliśmy, spacerowaliśmy, mieliśmy na wszystko czas. Zobaczyliśmy ile wcześniej czasu zabierali nam inni. Teraz mieliśmy co prawda tylko jeden 20-paro metrowy pokój, ale po zamknięciu drzwi nikt nam się nie wtrącał, nikt nie narzucał, nikt nie ustalał rytmu życia. To była dobra decyzja – to było już przesądzone. Od tej pory mogliśmy się już skupić na pracy.

                Miałam troszkę mniej dni niż mąż, ale jak się upomniałam to zaoferowali mi od sierpnia pracę w innej firmie w te dni, w które miałam wolne. I tak nam zleciało do października. Wtedy też dojrzewała decyzja o zmianie samochodu, bo jednak tak dalekie podróże po 1200 km w jedną stronę przestawały być bezpieczne. Mąż znalazł świetną okazję i jeszcze na początku października, korzystając z urlopu pojechaliśmy zarejestrować nowy samochód. Nasze oszczędności uszczupliły się dość znacznie,      ale przemyśleliśmy to bardzo dobrze -  w końcu to nasze bezpieczeństwo, a na awarię samochodu też sobie nie możemy pozwolić, chociażby dlatego że tutaj do pracy dojeżdża się przeciętnie 30 km. Jeszcze pół roku temu, gdy teściowie sprzedawali swoje auto wiedzieliśmy, że jest zadbane i uszanowane, ale zwyczajnie nie było by nas na nie stać, a w dokredytowanie nie wchodziło w grę, bo nie jesteśmy zwolennikami auta za wszelką cenę.      A tymczasem mogliśmy sobie pozwolić na podobne auto już po pięciu miesiącach pracy w Holandii. Fakt, że znowu „zaczynamy” oszczędzanie, ale nie jest najgorzej. Odkładamy, ile zdrowy rozsądek pozwala. Teraz już jeden cel – zbieramy na własne 4 kąty i wyjeżdżamy, mimo wszystko nie chcemy tu mieszkać na zawsze. Jak ktoś kiedyś powiedział: „żyje się łatwiej, ale trudniej”,  kto przyjedzie zobaczy na czym polega ten paradoks. A tymczasem z połową listopada zmierzaliśmy do mety.

Koniec kontraktu w pracy zbliżał się nieuchronnie, gdyż mogliśmy tam zostać tylko pół roku. Dlaczego? Z prostej przyczyny – po pół roku musieliby akurat w tym zakładzie podnieść stawkę godzinową, a że łatwiej jest kogoś zwolnić i powiedzieć, że jak chce to za pół roku może wrócić. Oczywiście zapewniali nas, że jesteśmy dobrymi pracownikami w związku    z czym pomogą nam w znalezieniu kolejnej pracy. I chociaż obaw było sporo to jednak pierwotny plan był taki, że przyjeżdżamy tu na pół roku, potem wracamy do Polski i tak w kółko – najgorsza opcja na wypadek braku pracy.     A tymczasem zaczynamy pracę w nowym zakładzie, więc nie jesteśmy na straconej pozycji, bo zapewne zjeżdżając do Polski na pół roku znowu wyczyścilibyśmy się do zera i co pół roku zaczynali od nowa, a takiego życia nie chcemy. Próbujemy sobie radzić i brać życie takim , jakie jest. Będziemy szukać pracy, w ostateczności możemy jeszcze iść na zasiłek. Tymczasem zaczęliśmy pracę w firmie, w której pracowałam jak nie miałam wystarczająco godzin. Tym łatwiej przyszła nam zmiana miejsca pracy. Na razie mamy po ok. 3-4 dni pracy, ale to dopiero drugi tydzień. Trzeba dać im trochę czasu, żeby się do nas przekonali, a jeśli cały czas tak będzie, to będzie trzeba podjąć jakieś dodatkowe działania, bo za zarobimy we 2 tyle, co wcześniej 1 osoba. Ale czas pokaże. Zwłaszcza, że grudzień jest intensywnym miesiącem, więc nie powinno być tragedii.

Zawsze trzeba mieć dwie opcję – nie przestajemy myśleć.

 




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Nie ma jeszcze komentarzy - wyraź swoją opinię jako pierwszy